• Wpisów:134
  • Średnio co: 7 dni
  • Ostatni wpis:170 dni temu
  • Licznik odwiedzin:4 553 / 995 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Nie jestem i nie próbuję być aktorem (choć całe życie ukrywam się za jakąś maską). Nie zamierzam mieć dzieci, bo nie mam pojęcia czy będą szczęśliwe (lepiej nie zaistnieć w ogóle, niż cierpieć). Nie będę sławny, nie podetnę sobie kostek bo to podobno boli. Skoro nie będę mieć dzieci, nie powstanie kolejna Mgła. A jednak coś mnie łączy z Edkiem, mianowicie toksyczny romans sprzed paru lat, za który zapłaciłem wysoką cenę i po którym pewnie nigdy nie dojdę w pełni do siebie. Chciałem dać Ci wszystko - tymczasem zawiodłem Cię w chwili gdy najbardziej potrzebowałaś wsparcia...
 

 
grubszy niż cały świat
grałem na perkusji na stojąco
ponad polem bitwy
zakończonej porażką

uciec ze świata
którego nie chciałem
odwrócić się
a na pożegnanie
pokazać fucka.
 

 
Bodajże Ozzy Osbourne, został raz skierowany na leczenie odwykowe z alkoholizmu, ileś tam miesięcy bez alkoholu etc. Gdy tylko go wypuścili, pierwsze co zrobił, to się spił, jeszcze zanim dotarł do domu. Podobnie ze mną, dostałem dzisiaj wypis z psychiatryka i po niecałych 10 godzinach, czuję taki smutek i bezsens, że mam ochotę leżeć resztę życia pod kocem. Życie jak zamknięta spirala bez wyjścia. Jak długa droga, prowadząca donikąd. Wszystko do dupy.
 

 
Znowu przeglądałem net w poszukiwaniu jakiś dobrych zdjęć ze starym black metalem, i znowu natykałem się na blogi i facebooki, gdzie ludzie z dumą wrzucają zdjęcia swoich kolekcji, tłumacząc w komentarzach, że to jest pierwsze tłoczenie, a tu koperta adresowana przez Euronymousa. Jasne, każdy ma prawo do hobby jeśli go stać, ale gdy ja zaczynałem słuchać muzyki, nobilitacją był sam fakt posiadania CD i nie miało znaczenia, czy to pierwsze wydanie czy reissue z tego roku, powodem do hańby było tylko posiadanie ruskiego pirata z pustą okładką, ale i takie znajdowały nabywców (cena). Płyty potrafiły kosztować 70 złotych za sztukę, czasem leżały na półce parę lat i w końcu szły na przecenę gdy 100 osób z rzędu wymiętoliło okładkę podczas oglądania. Potem pojawiły się przegrywarki, co ułatwiło sprawę, w sumie było to to samo, co niegdysiejsze przegrywanie kaset, z tym że nośnik łatwiejszy w użyciu i bardziej błyszczący. Obecnie próbuje się wskrzesić winyl (pewnie w głównej mierze dlatego, że nie da się go wyprodukować w warunkach domowych i można w sklepie walnąć price tag 90 złotych) ale tych mam tylko kilkanaście, nie są to pierwsze pressy, bo takowe potrafią się licytować w kwotach bliskich moim miesięcznym dochodom (rencista to nie rentier). Podobno winyl jest trwalszy od CD, chyba że się go odtwarza po 15 razy dziennie, raz tak zdarłem jeden stary singiel, który musiałem z tego powodu oddać do komisu. Ale ok, za kolejne 20 lat wymyślą nowy nośnik, podobno trwalszy o 538 lat od CD, a za kolejne 30 okaże się, że warstwa nagrana schodzi z niego po tygodniu i po raz 538-my trzeba będzie ponownie kupować to samo nagranie, bo rynek muzyczny musi zarobić na kolejny odrzutowiec dla ajron mejden. A i tak, znaczna większość ludzkości słucha bezmyślnie radia albo jutjuba i twierdzi, że nie musi kupować płyty, bo lubi tylko jeden utwór, to się nazywa analfabetyzm który urasta do rangi mody, albo na odwrót...
 

 
Prosiłem ostatnio matkę o "przyzwolenie" na odejście, a ona na to: synek, ale całe życie przed tobą. Może przy moim trybie tego życia, pół jeszcze tak, ale co to za życie? Coraz gorzej znoszę obecność innych ludzi i mam już poważne urojenia (psychiatra za tydzień, albo znowu oddział dzienny, albo szpital). Nie jestem w stanie pisać, rysować, całymi dniami siedzę w słuchawkach by zagłuszyć niepokojące mnie odgłosy (niepokojące tylko mnie, bo to zwykłe odgłosy zza okna, nie jakaś wojna czy coś). Raz na parę dni jest krótki "moment of clarity" i ulga, a kolejnego dnia wszystko od nowa. Boję się świata, ludzi, dalszego życia (nie wiem, w jakiej kolejności?) i to jest zadanie dla lekarza, a nie na blog. A czy ja chcę pomocy? Czy chciałem jej 16 lat temu? Podobno samobójcy nie idą nigdzie dalej, tylko po śmierci zostają unicestwieni, to napawa nadzieją, że kiedyś rzeczywiście się zakończy. Ziemia jest płaska, a ja stoję na brzegu, gapię się w dół i zastanawiam, czy może jednak zrobić krok w tył i wrócić...Tylko do czego? Do kogo?

PS.Filmów nie oglądam od lat, i dobrze mi z tym.
 

 
Jak pisałem dzisiaj znajomemu: burzyłem swój mur długo i kosztowało mnie to wiele lat pracy i wysiłku. I gdy wreszcie runął, okazało się, że po drugiej stronie nie ma NIC.
 

 
Wspomniałem dzisiaj na terapii swoją byłą, jak to mówiła do mnie "mój skarbie" (niczym Gollum do pierścienia). Możliwe, że była ze mną szczęśliwa, a ja z nią? Podobno zawsze jedna strona kocha mocniej niż druga, zbyt dużo tych kobiet w moim życiu nie było, więc w sumie nie wiem. Ale gdybym był szczęśliwy, to czy zostawiłbym ją z dnia na dzień?
 

 
Znowu czytałem książkę o Beksińskim (Tomaszu) a konkretnie samą końcówkę, gdzie autor stara się odtworzyć te ostatnie chwile jego życia, że niby chciał być uratowany, a równocześnie nie chciał i tak dalej. Ja tam nie wiem, dwa lata temu skończyłem na SOR i chcieli mnie wpakować do psychiatryka, ale tego nie zrobili, lekarz zorientowała się że to nie próba samobójcza tylko gorszy moment i potężny stres. Blizny nie zniknęły do dziś, mówię lekarzowi, że to pamiątka po Nadkobiecie, o której chciałbym zapomnieć. O Nadkobiecie, nie o pamiątce po niej. Leżałem na stole, chirurg szył i tak dalej. Plastry i spirytus.
 

 
Kocur siedzi ze mną i pilnuje, żebym nie zrobił nic głupiego. Został tylko jeden, drugiemu zmarło się już jakiś czas temu. Był stary, rocznikowo miał więcej niż niejedna osoba zamieszczająca wpisy na tym serwisie, a w przeliczeniu kocich lat na ludzkie, był starym dziadkiem. Na raka nie ma mocnych. Czasem myślę sobie, że siedzi teraz na chmurce, gapi się na mnie z góry i miauczy.
 

 
The storm is in my mind.
 

 
Krzaki rozpoczęły tryskać jadem po glebie, ten jad zatruje ziemię, księżyc, mnie i Ciebie.
 

 
"Statek kosmiczny pękł na dwie części, jedna zamieniła się z meduzę, a druga w stułbię". Może będąc dzieckiem, rzeczywiście byłem bardzo kreatywny, ale rezultaty tejże kreatywności można było co najwyżej o dupę rozbić.
 

 
Z serialu o He-Manie: po pierwsze nie panikować.
 

 
Nie lubię Nergala. Znaczy, nie lubię go jako muzyka, osobiście nigdy nie poznałem. A muszę lubić? Czy muszę cokolwiek poza oddychaniem?
 

 
Słucham Possessed, jak 15 lat temu, wspominam jak usłyszałem utwór "Death Metal" w wykonaniu Vader (to było jeszcze wcześniej, do oryginału dokopałem się po dłuższym czasie), a przy "No Will To Live" mam ochotę wygrowlować zwrotkę i wyjęczeć z boleścią refren. Oczywiście, śpiewać zdecydowanie nie potrafię. Tri-bu-la-tion !!!
 

 
Wszystko, co znajdywałem za każdą z otwartych w życiu bram, po latach okazywało się być zwykłą fatamorganą, mirażem. Niby jest jeszcze sporo bram do otwarcia, ale nie chce już mi się poszukiwać kolejnych kluczy.
 

 
-Czy mamy w domu jeszcze coś cennego?
-Owszem, ja mam Ciebie a Ty mnie.
 

 
Nienawidzę ludzi. Ja też jestem, jestem jednym z nich (Closterkeller, choć w oryginale chodziło o nutki).
 

 
Nienawidzę ludzi. A ze wszystkich, największą nienawiść i niechęć czuję do siebie samego.
 

 
"Być samotnym w obcym świecie, jest najgorszą rzeczą, jaka może spotkać."
 

 
Dawno temu puszczałem swojej byłej starą Budkę Suflera, ale nie wiem czy zrozumiała. A i obecnie, coraz częściej łapię się, że wolałbym słuchać płyt z Dziewczyną a nie samemu. Miesiąc temu Pani Psycholog prosiła, bym wymienił korzyści, które zyskuję będąc samemu. Nie znalazłem ani jednej.
 

 
Czego mi tak naprawdę brakuje? Pieniędzy? (Pieniądze, łajno białych - Aborygen) Poczucia bezpieczeństwa? (None of you are safe - Two Face) Osoby, której mógłbym zaufać? (Don't trust nobody - Bathory) Którą mógłbym przytulać, trzymać za rękę, całować i nie wypuszczać z łózia? Bądź realistą, drogi 1997, jesteś na to za stary, a na śmierć z kolei za młody. Masz pustkę, która nie opuści cię już nigdy, a gdy będziesz umierał, pożałujesz całego zmarnowanego życia.
 

 
Zamówiłem se ostatnio CD Nightly Gale, a wiem że i tak nigdy nie spenetruję Doom Metalu w stopniu, w jakim bym chciał, bo za rzadko mam ochotę na słuchanie muzyki nadającej w tempie ślimaka. Niech więc będzie podobno najlepszy polski zespół tego typu, rozeznania u mnie brak, więc wierzę na słowo starym recenzjom, na których nie raz się przejechałem i zawiodłem.
 

 
Imphotep, ten który został skazany na okrutną śmierć za świętokradztwo, które popełnił by ratować ukochaną. A w sumie, raczej po to by ją wskrzesić. W realu miłość nie tylko nie sięgnie poza grób, ale nawet nie przetrwa całego życia, bo i jak skoro człowiek rodzi się sam, do któregoś roku życia jest sam, przez parę lat dzieciństwa brzydzi się przeciwną płcią, a ostatnią bramę również przechodzi sam, nawet gdy ktoś trzyma umierającego za rękę. Podobno to jest jak zaśnięcie, tak twierdził jeden z przeciwników Batmana.
 

 
Za to mi, bliższy jest tragizm mumii.
 

 
Wszystko co ludzkie jest mi obce. Czuję się jak wilk złapany w sidła, pozbawiony kłów i krwawiący. Może z marzeniami o ostatnim zewie wolności. A czym jest wolność? Nikt nie jest wolny, zawsze są ograniczenia. A gdyby nie było ograniczeń, ich brak stałby się de facto, kolejnym ograniczeniem. Jeden zły dzień, wg. Jokera, ale komiksów pozbyłem się dawno temu.
 

 
Nie podoba mi się na świecie. A musi się podobać? Bez względu na to, jaka jest epoka, człowiek zawsze będzie błędem genetycznym. Dali mi wejściówkę na imprezę zwaną życiem i nie chcą pozwolić jej opuścić. Ile to już lat? (Big Day) A ile jeszcze mnie czeka?
 

 
I na wieczór coś miłego, co mi jednak poprawiło humor: ten blog istnieje równe 666 dni
 

 
Ból szybko minie po hydroxyzynie. Chciałbym kiedyś dojść do takiego momentu, że będę w stanie funkcjonować bez leków. Lord Vader też chciał się uwolnić od zbroi, ale zbytnio mu to nie wyszło. To już 20 lat, jak przekroczyłem próg kina by po raz pierwszy zobaczyć odnowioną wersję "Imperium kontratakuje".
 

 
Nie znoszę disco polo i bluesa (w sumie, ten sam poziom), a wszystkie nagrania Dżemu wrzuciłbym do kibla razem z Metallicą.
 

 
Głównymi przyczynami mojego stanu są samotność i brak kasy. A dopóki będę w tym stanie, ani żadna mnie nie zechce za chłopaka, ani nie dam rady iść do pracy.
 

 
Jak ten krzew pod oknem.
 

 
Beznamiętnie. Apatycznie.
 

 
Jeśli jeździsz, rób to z fasonem.
 

 
Kiedyś narzekałem, że nikt mi nie odpisuje na listy (dawno temu, pocztą przychodziły też zapisane kartki papieru, nie tylko rachunki, pisma od komornika i gadżety z Allegro), obecnie nawet na maile mi nie odpisują, może to błąd że próbuję utrzymywać kontakty z ludźmi, których znałem 15 lat temu i piszę jakbyśmy się rozstali wczoraj, skoro oni mają pracę, część rodziny, a prawie wszyscy problem z alkoholem. Tylko że nie jestem zbyt społeczny i mam spore trudności z nawiązywaniem nowych kontaktów, przez ostatnie 10 lat, poza moją byłą i Nadkobietą, dopuściłem do siebie bliżej tylko jednego gościa i ta znajomość trwa prawie dekadę, choć odwiedzam go rzadko (mieszka w innym mieście) i zazwyczaj są to właśnie maile. Czy jeden przyjaciel wart jest więcej niż cały korowód powierzchownych rozmówców? Oczywiście, że tak. Czemu więc czuję się jak na pustyni?
 

 
Nie pamiętać. Lepiej nie pamiętać. Wolę nie pamiętać.
 

 
"Dałam ci dupę byś męczył się srając. Dałam ci fiuta byś męczył się nie mając kogo przelecieć. Dałam ci prostatę by regularnie bolały cię oba z powyższych. Dałam ci zęby byś bał się dentysty. Dałam ci coś jeszcze, mianowicie w ryja od życia. Cieszysz się?"